Home Zwiedzamy Wycieczki rowerowe Podróż przez kultury i religie - Dzień pierwszy

Ostatnie komentarze

Podróż przez kultury i religie - Dzień pierwszy
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 
Wpisany przez zaru   
poniedziałek, 03 września 2007 03:00
Article Index
Podróż przez kultury i religie
Dzień pierwszy
Dzień drugi
Dzień trzeci
Dzień czwarty
Dzień piąty
Marszruta
All Pages

 

Dzień pierwszy

Wycieczkę rozpoczęliśmy spod mojego domu zlokalizowanego nieopodal Białej Podlaskiej, lecz Wy równie dobrze możecie ją rozpocząć w Białej Podlaskiej. Spod dworca PKP prosto aleją 1000-lecia a następnie w prawo w ulicę Sidorską. Dalej cały czas prosto, aż opuścicie granice miasta. Po przejechaniu przez miejscowość Czosnówka (w odległości ok. 6 km od dworca PKP) skręcacie w prawo do Dokudowa - na skrzyżowaniu jest widoczny drogowskaz. Dalej przez ok 4 km tak jak prowadzi droga asfaltowa jedziemy przez słabo zabudowany teren i dojeżdżamy do szkoły w Dokudowie. Obok szkoły zwraca uwagę stara drewniana chata kryta strzechą, zaczątek planowanego tutaj skansenu. Na skrzyżowaniu skręcamy w lewo, a na następnym w prawo i przez mostek na rzece Żarnica, dalej znowu lekko w prawo w drogę prowadzącą do kościoła p.w. św. Praksedy w Dokudowie. Obecny kościół został wzniesiony jako cerkiew obrządku neounickiego w latach 1928-32. Od 1947 roku jest to kościół katolicki.

Z Dokudowa nasza trasa wiedzie do Studzianki. Są dwa warianty drogi z Dokudowa do Studzianki. Droga oczywista, proponowana też przez przewodniki to powrót przez most na Żarnicy, skręt w prawo i przez Dukudów, Ortel Książęcy, następnie w prawo do Ortela Królewskiego i ponownie w prawo drogą do Łomaz przez Ortel Królewski II do Studzianki (odległość ok. 6 km).
Jednak my - z uwagi na wrodzoną przekorę a może w związku z tym, że jak pokazuje mapa jest to krótsza droga - wybraliśmy wariant drugi, który polecam osobom niebojącym się przejechać kawałek (ok. 2 km) nieutwardzoną drogą. [Ortel Królewski - cerkiew Przypis z 2007 roku: Biorąc pod uwagę ostatnią moją wyprawę po tych terenach proponuję jednak wybrać trasę z wariantu pierwszego. Taki wybór pozwoli zobaczyć jedną z najpiękniejszych budowli drewnianej architektury sakralnej na Południowym Podlasiu - cerkiew unicką w Ortelu Królewskim . Po przejechaniu mniej więcej 3 km od drogi na Piszczac naszym oczom ukazuje się mały, bardzo malowniczy kryty gontem budynek świątyni. Otoczony jest drzewami, więc widać go dopiero jak przejeżdża się zaraz obok. Jednak przynajmniej na mnie zrobił tak wielkie wrażenie, że jak tylko go zobaczyłem nie mogłem wprost oderwać oczu. Sama świątynia i jej otoczenie wyglądają tak jakby zatrzymał się tutaj czas i był nadal XVIII wiek - jedynie widok nowoczesnych nagrobków na cmentarzu położonym za świątynią burzy to wrażenie. Cerkiew zbudowana została w 1706 roku jako cerkiew unicka pw. św. Dawida i Romana w miejscu cerkwii z 1660 roku. Wnętrze zdobią barokowe ołtarze i drewniany krucyfiks z XVIII/XIX wieku. Dzisiaj świątynia służy jako kościół parafialny pw. MB Różańcowej i jest sukcesywnie odnawiana - jak widać z opisu wyżej z ogromnym sukcesem.]
Spod kościoła wracamy do drogi i skręcamy w prawo i dalej przez most na Zielawie cały czas prosto drogą ziemną miejscami dość dobrze utwardzoną, jednak odcinkami (szczególnie pod koniec) piaszczystą. Oczywiście już ledwie po przejechaniu kilkuset metrów czy to w związku z fatalną pogodą (cały czas coś siąpiło z nieba), czy w związku z wrodzoną nieufnością zaczęliśmy mieć poważne wątpliwości czy nie jedziemy przypadkiem drogą prowadzącą donikąd. Nasza polna droga w nieciekawej oprawie pogodowej, prowadząca między polami i gdzieniegdzie obok lasu nie wyprowadzała nas z tych obaw. Na szczęście na horyzoncie pojawił się jakiś rolnik jadący furmanką, którego postanowiliśmy zapytać o drogę. Razem z przyjacielem rzuciliśmy się zatem w pogoń. Osoba na wozie jednak jak spostrzegła, że ją gonimy nie pałała wcale chęcią spotkania z dwoma dryblasami opatulonymi szczelnie sztormiakami na rowerach obudowanych jukami. My jednak mocno cisnęliśmy na pedały i doprowadziliśmy do spotkania, które na początku wyglądało prawie jak scena z "Vabank 2 - czyli Riposta", gdzie Sztyc będąc pewnym, że jest w Szwajcarii krzyczy po niemiecku i goni chłopa jadącego furmanką, który traktuje go batem. W naszym wypadku nie było aż tak źle - może dlatego, że mówiliśmy po polsku - ale i tak spotkany człowiek spoglądał na nas nieufnie i raczej nie wniósł nic nowego do naszej marszruty. Na nasze szczęście już wkrótce polna droga dochodzi do drogi asfaltowej nieopodal Studzianki, co wywołuje niemały uśmiech na naszych twarzach. Również słońce przebija się wreszcie przez chmury, co jeszcze bardziej poprawia nam humor. Przed wsią obok kapliczki przydrożnej skręcamy w drogę prowadzącą do cmentarza muzułmańskiego (zjazd jest dobrze oznakowany).

Mizar położony pośród drzew z dobrze zachowanymi niektórymi kamiennymi nagrobkami z półksiężycem i napisami w języku arabskim i polskim już od przekroczenia jego bramy robi ogromne wrażenie. Podczas zwiedzania oprócz oglądania nagrobków i robienia zdjęć, polecam zaopatrzyć się w przewodnik, bądź informator i spędzić tam dłuższą chwilę. Tak też my uczyniliśmy. Uzbrojeni w ciekawe opracowanie Pana Stanisława Jadczaka "Śladami Tatarów na Podlasiu" usiedliśmy i z każdym kolejnym akapitem opowieści o dziejach i losach Tatarów w historii Rzeczypospolitej coraz bardziej czuliśmy, że przenosimy się w tamte czasy.
Po przejechaniu przez samą wieś Studzianka jedziemy ok. 1.5 km prosto i wjeżdżamy do miejscowości Łomazy. Po wjechaniu do Łomaz zwraca uwagę cmentarz żydowski, a właściwie 1,5 hektarowy ogrodzony plac porośnięty trawą. Sam cmentarz został podczas II wojny światowej całkowicie zdewastowany przez Niemców i niestety nie zachował się żaden nagrobek. Jednak polecam zatrzymać się tutaj na chwilę, gdyż wymowa tego pustego placu jest potężna.
W samych Łomazach na uwagę zasługuje ponadto drewniana kaplica (XVIII w.) na cmentarzu katolickim oraz neogotycki kościół (XX w.) położony w centrum miejscowości. My przejeżdżamy przez Łomazy kierując się na drogę wojewódzką nr 812 do Rossosza (ok. 6 km) a następnie Wisznic (odległość od Rossosza ok. 10 km). Jest już dobrze po południu, więc wydaje się to najlepsza pora, żeby zjeść jakiś większy posiłek. Miejscowość jest też na tyle duża, że możemy tutaj znaleźć co najmniej klika miejsc serwujących ciepłe posiłki. My zdecydowaliśmy się na restauracyjkę położoną w centrum Wisznic przy ul. Rynek. Nie wiem, czy to z powodu zmęczenia i głodu czy faktycznie są jakoś wyjątkowo przygotowywane, ale serwowane tam kopytka smakowały nam wyjątkowo dobrze. Gdy nabraliśmy sił wybraliśmy się w dalszą podróż. Prosto przez Wisznice do ronda i tam również na wprost drogą do Romanowa (na rondzie znajduje się znak wskazujący drogę do muzeum J.I. Kraszewskiego w Romanowie). Od tego miejsca do Romanowa mamy do przejechania ok. 12 km.

Do Romanowa docieramy pod wieczór, więc na zwiedzanie muzeum jest już za późno i zostawiamy to na ranek następnego dnia. Ponieważ w dworku w Romanowie mamy zaplanowany nocleg idziemy do przemiłej Pani dyrektor, żeby się przywitać i zobaczyć pokoje. Właśnie w dworku mieszczącym muzeum J.I. Kraszewskiego na poddaszu znajdują się dwa pokoje udostępniane turystom. Od samego wjazdu na teren przepięknego parku otaczającego dworek jesteśmy pod ogromnym wrażeniem, że będziemy nocowali w miejscu, gdzie Kraszewski spędzał swoje dzieciństwo. Wrażenie potęguje się, kiedy gospodyni prowadzi nas po drewnianych schodach na poddasze do naszego pokoju - urządzonego w starym stylu. Klimat podkreśla przepięknie skrzypiąca stara podłoga z desek. Po rozpakowaniu wybieramy się jeszcze na spacer po parku otaczającym dworek. Stanowi on pozostałość obszernego układu barokowego z XVII-XVIII wieku, o charakterze ogrodu włoskiego, z częściowo zachowanym starodrzewem. Za pałacem ciągnie się aleja świerkowa oraz grabowe szpalery.
Oczywiście tak jak podczas zwiedzania mizaru w Studziance również na wizytę w Romanowie zaopatrzyliśmy się w odpowiednie opracowanie na temat tego miejsca. Wieczorem zatem zasiadamy do lektury opracowania Pana Stanisława Jadczaka "Muzeum J.I. Kraszewskiego w Romanowie". Czytamy o przodkach Kraszewskiego, latach młodości spędzonych w Romanowie, prababce Nowomiejskiej, babce Annie, dziadku Błażeju, ich wspólnych wieczorach spędzanych na czytaniu przy świecach. Słuchając tych historii, spoglądając na ściany i słuchając skrzypiącej podłogi już sami nie wiemy, czy mamy rok 1818 czy 2000. Na szczęście - a może właściwie nieszczęście - dźwięk telefonu komórkowego jasno daje znać, że jednak rok 2000. Idziemy spać, bo rano czeka nas kolejny dzień podróży.

 



 

Komentarze 

 
0 #2 religiekosma 2008-12-09 05:16
http://www.malzenstwo.com/prawoslawie.html
Cytować
 
 
0 #1 odp.Dlaczego akurat przez kultury i relikosma 2008-12-09 05:14
Ciekawy artykuł o wyznaniu prawosławnym na stronie http://www.malzenstwo.com/prawoslawie.html
Cytować