Home Zwiedzamy Wycieczki rowerowe Podróż przez kultury i religie

Ostatnie komentarze

Podróż przez kultury i religie
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 
Wpisany przez zaru   
poniedziałek, 03 września 2007 03:00
Article Index
Podróż przez kultury i religie
Dzień pierwszy
Dzień drugi
Dzień trzeci
Dzień czwarty
Dzień piąty
Marszruta
All Pages

 

Dlaczego akurat przez kultury i religie?

Wichry historii, które przetaczały się nad tym kawałkiem ziemi związując go w minionych stuleciach nie tylko z dziejami Polski, ale Rusi i Litwy spowodowały, że na Południowym Podlasiu mamy do czynienia z unikatowym połączeniem kultur, religii a myślę, że nie będzie nadużyciem, jeżeli powiem, że nawet cywilizacji. Taki bieg historii spowodował, że pradziadowie ludzi obecnie zamieszkujących te tereny pochodzili zarówno z sąsiedniego Mazowsza, Rusi i Litwy, ale i również była to ludność napływowa, osiedleńcy, m.in. Żydzi, Tatarzy czy osadnicy niemieccy. Ludność ta była zróżnicowana pod względem kultywowanej tradycji, obyczajów, ale i również wyznaniowym (rzymskokatolickim, unickim, prawosławnym, mojżeszowym, a nawet okresowo ewangelickim i muzułmańskim). Potwierdzeniem tych słów niech będzie choćby fakt, że na dość małym obszarze możemy tutaj znaleźć miejsca kultu obrządku rzymskokatolickiego (sanktuarium w Leśnej Podlaskiej, czy w Kodniu), unickiego (Kostomłoty), prawosławnego (klasztor w Jabłecznej). Są również - niestety już historyczne - miejsca związane z Tatarami (cmentarz w Studziance). To właśnie unikatowe połączenie skłoniło mnie do zaplanowania wycieczki rowerowej, która byłaby raczej swoistą podróżą sentymentalną, zadumą nad naszą tożsamością, tym w co wierzymy i kim jesteśmy.

Na wycieczkę wybrałem się w czerwcu 2000 roku razem z moją żoną oraz dwojgiem przyjaciół.  Przygotowania trwały dobrych kilka miesięcy i wcale nie dlatego, że długo wybieraliśmy trasę, bo ta jest oczywista i jak tylko zacząłem interesować się Południowym Podlasiem wiedziałem, że muszę odwiedzić te miejsca. Problem był bardzo błahy - brak wolnego czasu. Na domiar złego jak już wyznaczyliśmy dzień wyjazdu, odebraliśmy znajomych z dworca w Białej Podlaskiej, gdyż mieszkają dość daleko stąd, pogoda postanowiła nam utrudnić i zaczęło padać. Prognozy na najbliższe dni również nie były optymistyczne. Oczywiście mój znajomy z wrodzoną sobie błyskotliwością stwierdził, że na Węgrzech jest piękna pogoda i w sumie moglibyśmy pojechać tam pociągiem z rowerami i pozwiedzać. Jednak ja byłem zdeterminowany - w dodatku mieliśmy już zrobioną rezerwację noclegu w pałacyku w Romanowie, więc 6 czerwca całą czwórką zabezpieczeni od lejącej się z nieba wody wyruszyliśmy w naszą podróż.

Wycieczka została zaplanowana jako 5 dniowa i z uwagi na fakt, że była to nasza pierwsza dłuższa wyprawa etapy są krótkie i o niskim stopniu trudności. Dlatego też polecam ją nawet początkującym rowerzystom. Trasa poszczególnych odcinków została opisana w rozdziale marszruta, natomiast kolejne rozdziały to relacja z naszej wycieczki.

 


 

Dzień pierwszy

Wycieczkę rozpoczęliśmy spod mojego domu zlokalizowanego nieopodal Białej Podlaskiej, lecz Wy równie dobrze możecie ją rozpocząć w Białej Podlaskiej. Spod dworca PKP prosto aleją 1000-lecia a następnie w prawo w ulicę Sidorską. Dalej cały czas prosto, aż opuścicie granice miasta. Po przejechaniu przez miejscowość Czosnówka (w odległości ok. 6 km od dworca PKP) skręcacie w prawo do Dokudowa - na skrzyżowaniu jest widoczny drogowskaz. Dalej przez ok 4 km tak jak prowadzi droga asfaltowa jedziemy przez słabo zabudowany teren i dojeżdżamy do szkoły w Dokudowie. Obok szkoły zwraca uwagę stara drewniana chata kryta strzechą, zaczątek planowanego tutaj skansenu. Na skrzyżowaniu skręcamy w lewo, a na następnym w prawo i przez mostek na rzece Żarnica, dalej znowu lekko w prawo w drogę prowadzącą do kościoła p.w. św. Praksedy w Dokudowie. Obecny kościół został wzniesiony jako cerkiew obrządku neounickiego w latach 1928-32. Od 1947 roku jest to kościół katolicki.

Z Dokudowa nasza trasa wiedzie do Studzianki. Są dwa warianty drogi z Dokudowa do Studzianki. Droga oczywista, proponowana też przez przewodniki to powrót przez most na Żarnicy, skręt w prawo i przez Dukudów, Ortel Książęcy, następnie w prawo do Ortela Królewskiego i ponownie w prawo drogą do Łomaz przez Ortel Królewski II do Studzianki (odległość ok. 6 km).
Jednak my - z uwagi na wrodzoną przekorę a może w związku z tym, że jak pokazuje mapa jest to krótsza droga - wybraliśmy wariant drugi, który polecam osobom niebojącym się przejechać kawałek (ok. 2 km) nieutwardzoną drogą. [Ortel Królewski - cerkiew Przypis z 2007 roku: Biorąc pod uwagę ostatnią moją wyprawę po tych terenach proponuję jednak wybrać trasę z wariantu pierwszego. Taki wybór pozwoli zobaczyć jedną z najpiękniejszych budowli drewnianej architektury sakralnej na Południowym Podlasiu - cerkiew unicką w Ortelu Królewskim . Po przejechaniu mniej więcej 3 km od drogi na Piszczac naszym oczom ukazuje się mały, bardzo malowniczy kryty gontem budynek świątyni. Otoczony jest drzewami, więc widać go dopiero jak przejeżdża się zaraz obok. Jednak przynajmniej na mnie zrobił tak wielkie wrażenie, że jak tylko go zobaczyłem nie mogłem wprost oderwać oczu. Sama świątynia i jej otoczenie wyglądają tak jakby zatrzymał się tutaj czas i był nadal XVIII wiek - jedynie widok nowoczesnych nagrobków na cmentarzu położonym za świątynią burzy to wrażenie. Cerkiew zbudowana została w 1706 roku jako cerkiew unicka pw. św. Dawida i Romana w miejscu cerkwii z 1660 roku. Wnętrze zdobią barokowe ołtarze i drewniany krucyfiks z XVIII/XIX wieku. Dzisiaj świątynia służy jako kościół parafialny pw. MB Różańcowej i jest sukcesywnie odnawiana - jak widać z opisu wyżej z ogromnym sukcesem.]
Spod kościoła wracamy do drogi i skręcamy w prawo i dalej przez most na Zielawie cały czas prosto drogą ziemną miejscami dość dobrze utwardzoną, jednak odcinkami (szczególnie pod koniec) piaszczystą. Oczywiście już ledwie po przejechaniu kilkuset metrów czy to w związku z fatalną pogodą (cały czas coś siąpiło z nieba), czy w związku z wrodzoną nieufnością zaczęliśmy mieć poważne wątpliwości czy nie jedziemy przypadkiem drogą prowadzącą donikąd. Nasza polna droga w nieciekawej oprawie pogodowej, prowadząca między polami i gdzieniegdzie obok lasu nie wyprowadzała nas z tych obaw. Na szczęście na horyzoncie pojawił się jakiś rolnik jadący furmanką, którego postanowiliśmy zapytać o drogę. Razem z przyjacielem rzuciliśmy się zatem w pogoń. Osoba na wozie jednak jak spostrzegła, że ją gonimy nie pałała wcale chęcią spotkania z dwoma dryblasami opatulonymi szczelnie sztormiakami na rowerach obudowanych jukami. My jednak mocno cisnęliśmy na pedały i doprowadziliśmy do spotkania, które na początku wyglądało prawie jak scena z "Vabank 2 - czyli Riposta", gdzie Sztyc będąc pewnym, że jest w Szwajcarii krzyczy po niemiecku i goni chłopa jadącego furmanką, który traktuje go batem. W naszym wypadku nie było aż tak źle - może dlatego, że mówiliśmy po polsku - ale i tak spotkany człowiek spoglądał na nas nieufnie i raczej nie wniósł nic nowego do naszej marszruty. Na nasze szczęście już wkrótce polna droga dochodzi do drogi asfaltowej nieopodal Studzianki, co wywołuje niemały uśmiech na naszych twarzach. Również słońce przebija się wreszcie przez chmury, co jeszcze bardziej poprawia nam humor. Przed wsią obok kapliczki przydrożnej skręcamy w drogę prowadzącą do cmentarza muzułmańskiego (zjazd jest dobrze oznakowany).

Mizar położony pośród drzew z dobrze zachowanymi niektórymi kamiennymi nagrobkami z półksiężycem i napisami w języku arabskim i polskim już od przekroczenia jego bramy robi ogromne wrażenie. Podczas zwiedzania oprócz oglądania nagrobków i robienia zdjęć, polecam zaopatrzyć się w przewodnik, bądź informator i spędzić tam dłuższą chwilę. Tak też my uczyniliśmy. Uzbrojeni w ciekawe opracowanie Pana Stanisława Jadczaka "Śladami Tatarów na Podlasiu" usiedliśmy i z każdym kolejnym akapitem opowieści o dziejach i losach Tatarów w historii Rzeczypospolitej coraz bardziej czuliśmy, że przenosimy się w tamte czasy.
Po przejechaniu przez samą wieś Studzianka jedziemy ok. 1.5 km prosto i wjeżdżamy do miejscowości Łomazy. Po wjechaniu do Łomaz zwraca uwagę cmentarz żydowski, a właściwie 1,5 hektarowy ogrodzony plac porośnięty trawą. Sam cmentarz został podczas II wojny światowej całkowicie zdewastowany przez Niemców i niestety nie zachował się żaden nagrobek. Jednak polecam zatrzymać się tutaj na chwilę, gdyż wymowa tego pustego placu jest potężna.
W samych Łomazach na uwagę zasługuje ponadto drewniana kaplica (XVIII w.) na cmentarzu katolickim oraz neogotycki kościół (XX w.) położony w centrum miejscowości. My przejeżdżamy przez Łomazy kierując się na drogę wojewódzką nr 812 do Rossosza (ok. 6 km) a następnie Wisznic (odległość od Rossosza ok. 10 km). Jest już dobrze po południu, więc wydaje się to najlepsza pora, żeby zjeść jakiś większy posiłek. Miejscowość jest też na tyle duża, że możemy tutaj znaleźć co najmniej klika miejsc serwujących ciepłe posiłki. My zdecydowaliśmy się na restauracyjkę położoną w centrum Wisznic przy ul. Rynek. Nie wiem, czy to z powodu zmęczenia i głodu czy faktycznie są jakoś wyjątkowo przygotowywane, ale serwowane tam kopytka smakowały nam wyjątkowo dobrze. Gdy nabraliśmy sił wybraliśmy się w dalszą podróż. Prosto przez Wisznice do ronda i tam również na wprost drogą do Romanowa (na rondzie znajduje się znak wskazujący drogę do muzeum J.I. Kraszewskiego w Romanowie). Od tego miejsca do Romanowa mamy do przejechania ok. 12 km.

Do Romanowa docieramy pod wieczór, więc na zwiedzanie muzeum jest już za późno i zostawiamy to na ranek następnego dnia. Ponieważ w dworku w Romanowie mamy zaplanowany nocleg idziemy do przemiłej Pani dyrektor, żeby się przywitać i zobaczyć pokoje. Właśnie w dworku mieszczącym muzeum J.I. Kraszewskiego na poddaszu znajdują się dwa pokoje udostępniane turystom. Od samego wjazdu na teren przepięknego parku otaczającego dworek jesteśmy pod ogromnym wrażeniem, że będziemy nocowali w miejscu, gdzie Kraszewski spędzał swoje dzieciństwo. Wrażenie potęguje się, kiedy gospodyni prowadzi nas po drewnianych schodach na poddasze do naszego pokoju - urządzonego w starym stylu. Klimat podkreśla przepięknie skrzypiąca stara podłoga z desek. Po rozpakowaniu wybieramy się jeszcze na spacer po parku otaczającym dworek. Stanowi on pozostałość obszernego układu barokowego z XVII-XVIII wieku, o charakterze ogrodu włoskiego, z częściowo zachowanym starodrzewem. Za pałacem ciągnie się aleja świerkowa oraz grabowe szpalery.
Oczywiście tak jak podczas zwiedzania mizaru w Studziance również na wizytę w Romanowie zaopatrzyliśmy się w odpowiednie opracowanie na temat tego miejsca. Wieczorem zatem zasiadamy do lektury opracowania Pana Stanisława Jadczaka "Muzeum J.I. Kraszewskiego w Romanowie". Czytamy o przodkach Kraszewskiego, latach młodości spędzonych w Romanowie, prababce Nowomiejskiej, babce Annie, dziadku Błażeju, ich wspólnych wieczorach spędzanych na czytaniu przy świecach. Słuchając tych historii, spoglądając na ściany i słuchając skrzypiącej podłogi już sami nie wiemy, czy mamy rok 1818 czy 2000. Na szczęście - a może właściwie nieszczęście - dźwięk telefonu komórkowego jasno daje znać, że jednak rok 2000. Idziemy spać, bo rano czeka nas kolejny dzień podróży.

 


 

Dzień drugi

Wstajemy przed 9, jemy śniadanie, pakujemy się i jako pierwsi tego dnia wkraczamy do muzeum. Muzeum innego od tych, które miałem okazje zwiedzać. Muzeum pozwalającego czuć się jak gość, a nie anonimowy zwiedzający froterujący kapciami podłogę. Może mają na to wpływ wydarzenia poprzedniego wieczoru, a może po prostu takie było zamierzenie jego twórców, a może i jedno i drugie ... Pewnym jest, że pobyt w tym miejscu zapamiętam na bardzo długo.
Z Romanowa wyjeżdżamy w kierunku Hanny (ok. 8 km). W Hannie polecam zobaczyć drewniany kościół wzniesiony w latach 1739-42 jako cerkiew unicka. Stąd kierujemy się na Sławatycze (ok. 6 km). Od tego miejsca nasza trasa wiedzie już praktycznie cały czas doliną Bugu, tzw. trasą nadbużańską (droga asfaltowa). Dzięki temu mamy możliwość podziwiać oprócz unikatowych zabytków kultury również malownicze widoki przełomu rzeki Bug. Przejeżdżając przez Sławatycze warto zwrócić uwagę na murowaną prawosławną cerkiew z przełomu XIX-XX wieku.
Ze Sławatycz nasza droga prowadzi cały czas nadbużanką do Jabłecznej (ok. 7 km), a właściwie do monasteru - męskiego klasztoru prawosławnego św. Onufrego położonego ok. 2 km na wschód od tej miejscowości, praktycznie nad samym Bugiem. Już zbliżając się do klasztoru urzekła nas wręcz bajkową scenerią. Zabudowania klasztorne z orientalną architekturą utrzymane w bardzo dobrym stanie wyglądają wręcz nierealistycznie na tle pięknego nadbużańskiego krajobrazu. Natomiast kopuły położonej obok klasztoru kaplicy pw. Zaśnięcia NMP kontrastujące jaskrawym kolorem z otaczającymi ją pięknie zielonymi drzewami powodują, że człowiek czuje się niczym bohater jednej z baśni z "księgi tysiąca i jednej nocy". Zakonnicy udostępniają za niewielką opłatą możliwość zwiedzania z przewodnikiem najcenniejszego obiektu zespołu klasztornego - cerkwi pw. św. Onufrego pochodzącej z lat 1839-40. Warto skorzystać z tej możliwości i posłuchać opowieści o historii tego miejsca, cudach dokonywanych przez XV-wieczną ikonę św. Onufrego. Dla osób, które nie miały do tej pory styczności z obrządkiem wschodnim może to też być swoista lekcja - zakonnik opowiada o samym obrządku prawosławnym, znaczeniu poszczególnych elementów świątyni. Bardzo chętnie również odpowiada na wszystkie pytania. Oprócz samego monasteru duże wrażenie zrobiły na nas piękne, stare dęby rosnące w jego okolicy.
Z klasztoru wracamy na nadbużankę i kierujemy się dalej na północ do Kodnia (ok. 12 km). Chociaż jest jeszcze wczesne popołudnie to tutaj kończymy podróż tego dnia. Nocleg mamy zaplanowany w domu pielgrzyma przy kościele pw. św. Anny znajdującym się przy rynku w centrum Kodnia. Alternatywnie można przenocować w gospodarstwie agroturystycznym Państwa Nazaruk, jednak my jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy o jego istnieniu, więc wybór był prosty - dom pielgrzyma. Meldujemy się tam zatem, zostawiamy bagaże, rowery i ... ruszamy coś zjeść. Na szczęście na stołówce w tymże domu pielgrzyma podają jeszcze obiad. Zjadamy całkiem niezły żurek, nazwany tutaj nie bez kozery żurkiem Sapiehy. Nie wiem, czy mamy takie szczęście, że cały czas trafiamy na dobre jedzenie, czy po prostu zmęczenie i świeże nadbużańskie powietrze powoduje, że wszystko smakuje. Posileni wybieramy się na spacer po Kodniu. Oczywiście pierwsze kroki kierujemy do Sanktuarium Matki Boskiej Kodeńskiej. Tutaj również podobnie jak w Jabłecznej Ojcowie Misjonarze Oblaci - gospodarze Sanktuarium umożliwiają zwiedzanie bazyliki z przewodnikiem. Warto również wysłuchać ciekawej historii Cudownego Obrazu Matki Boskiej Kodeńskiej. Od bazyliki warto przespacerować się drogą w stronę łąk, gdzie znajduje się kalwaria kodeńska. Stacje drogi krzyżowej znajdują się na terenie dawnego zespołu zamkowego Sapiehów. Oprócz ruin zamku na uwagę zasługuje dawna prawosławna cerkiew zamkowa z 1530 roku. Niestety na temat Kodnia nie posiadamy żadnego obszerniejszego opracowania "papierowego", więc zadowalamy się ogólnymi informacjami z przewodnika oraz historiami naszych gospodarzy z domu pielgrzyma. Tak upływa nam kolejny dzień wędrówki.

 


 

Dzień trzeci

Standard- wstajemy, jemy śniadanie i w drogę. Z Kodnia ruszamy dalej wzdłuż Bugu do Kostomłotów (ok. 9 km). Droga, pomimo że asfaltowa w dość dobrym stanie, prowadzi przez bardzo spokojne tereny - praktycznie nie mijają nas samochody. Pozwala to nam w spokoju cieszyć oko pięknem przyrody w nikłym stopniu skalanej cywilizacją (jest to ogromna zaleta Południowego Podlasia). Również pogoda nam dopisuje - świeci piękne czerwcowe słońce. W tym błogim stanie dojeżdżamy do Kostomłotów. Tutaj kierujemy się do drewnianej cerkwi unickiej z 1631 roku (przebudowana w 1852 r). Oczywiście nasza wrodzona ciekawość świata nie pozwala nam poprzestać na obejrzeniu świątyni z zewnątrz. Idziemy do pobliskiej plebanii, jednak nie udaje nam się zastać proboszcza. Jak później się dowiedzieliśmy - bardzo aktywnej i energicznej osoby. Osoba obecna w plebanii (gospodarz, czy kościelny) jednak chętnie otwiera dla nas podwoja cerkwi i opowiada o obrządku unickim, losach unitów na Podlasiu, relikwiach i ikonach znajdujących się w samej świątyni. Po raz kolejny jesteśmy bardzo mile zaskoczeni serdecznością, otwartością i chęcią pomocy ze strony napotkanych ludzi. Z perspektywy dzisiejszego dnia - po 8 latach spędzonych na Południowym Podlasiu - muszę powiedzieć, że są to cechy charakterystyczne dla wielu ludzi mieszkających tutaj.
Z Kostomłotów jedziemy do Terespola (ok. 12 km). Wybieramy drogę praktycznie nad samym Bugiem (przez Zuki, Michałków). Oczywiście powodów chyba nie muszę podawać. Jest jeden - Bug, przepięknie wijący się, tworzący różne zakola, gromadzący na przyległych terenach niespotykane gdzie indziej okazy flory i fauny. Chociaż to, co spotykamy dotychczas to tylko swoiste preludium tego, co czeka nas w parku krajobrazowym Podlaski Przełom Bugu. Oczywiście alternatywnie można wrócić na nadbużankę i jechać przez Dobratycze, tylko czy warto?
Wjeżdżamy do Terespola już po południu, czyli w porze najlepszej na to żeby znaleźć jakąś knajpę i przekąsić coś większego. Terespol jest na tyle dużą miejscowością, że ze znalezieniem odpowiedniej knajpy nie ma najmniejszego problemu. Po solidnym obiedzie ruszamy dalej. Z zabytków w Terespolu zwraca uwagę murowana, klasycystyczna cerkiew prawosławna p.w. św. Jana Teologa z 1745 roku. Ciekawe są losy tegoż obiektu. Otóż pierwotnie była to cerkiew unicka, po 1874 roku prawosławna, lecz już po I wojnie światowej - neounicka i wreszcie obecnie znów prawosławna. Chociaż w zasadzie czytelnika już na tym etapie mojej relacji takie perturbacje pewnie nie zaskakują, gdyż właśnie te ciągłe zmiany są - jak na ironię - stałym elementem charakterystycznym dla tych terenów.
Przejeżdżając przez centrum Terespola warto zwrócić uwagę na żelazny obelisk z 1823 roku - pomnik budowy traktu brzeskiego (pierwszej w Królestwie Polskim drogi bitej Warszawa - Siedlce - Brześć). Jego bliźniaczy odpowiednik znajduje się w Warszawie przy ul. Grochowskiej.

Terespol opuszczamy kierując się na zachód do drogi krajowej E30 (bardzo ruchliwej, jednak posiadającej szerokie pobocze), którą jedziemy kilka kilometrów do drogi Kobylany - Koroszczyn i tutaj skręcamy w prawo do Koroszczyna (ok. 7 km). Jadąc zbliżamy się do tajemniczej budowli położonej po prawej stronie drogi. Betonowy obelisk w kształcie prostopadłościanu stojący przy drodze niczym strażnik jakiejś dawnej tajemnicy rośnie w naszych oczach w miarę zbliżania się do niego. To niezwykłe zjawisko powoduje, że milkną rozmowy w naszym gronie i każdy zaczyna się zastanawiać nad przeznaczeniem tego obiektu. Dojeżdżając zatrzymujemy się i oglądamy go w milczeniu z każdej strony. Oczywiście w żadnej ze ścian nie ma jakichkolwiek otworów, co dodatkowo powiększa atmosferę tajemniczości. Niestety oględziny nie zbliżają nas ani o krok do rozwiązania zagadki przeznaczenia budowli. Również później sam próbowałem dociec jej przeznaczenie. Niestety jednoznacznej odpowiedzi nie udało mi się uzyskać. Niektórzy twierdzą, że jest to część umocnień fortu w Koroszczynie, jeszcze inne głosy mówią, że obiekt ma związek z infrastrukturą lotniska istniejącego w Małaszewiczach w czasach II wojny światowej. Jeżeli szanowny czytelniku wiesz, co skrywa ta budowla, będę wdzięczny za informację.
Po krótkiej przerwie ruszmy dalej do Koroszczyna. We wsi zwraca uwagę murowany dwór z połowy XIX wieku zbudowany wg. projektu Henryka Marconiego. Jednak my przyjechaliśmy tutaj żeby obejrzeć jeden z najlepiej zachowanych fortów z zespołu fortyfikacyjnego tzw. Twierdzy Brzeskiej (mam na myśli oczywiście część fortów znajdujących się po polskiej stronie, gdyż najlepiej zachowana jest oczywiście sama cytadela znajdująca się w Brześciu). Z Koroszczyna - po uprzednim zasięgnięciu języka u mieszkańców - ruszamy piaszczystą drogą na południe od wsi w stronę pobliskiego lasku, gdzie rzekomo zlokalizowany jest fort. Po krótkich poszukiwaniach znajdujemy umocnienia. Ziejące z betonowych ścian pokrytych wałami ziemi czarne otwory wejść do podziemnych korytarzy robią na nas ogromne wrażenie. Pisząc nas mam na myśli oczywiście tylko męską część ekspedycji, gdyż ta ładniejsza część w ogóle nie zwraca uwagi na to "rumowisko" i korzystając z ładnego słońca postanowiła zażyć kąpieli słonecznej. My jednak uparcie próbujemy zwiedzać korytarze, lecz totalny brak przygotowania - nie mamy nawet latarki - szybko odwodzi nas od tego pomysłu. Jednak zainteresowanym czytelnikom polecam odwiedzenie tego miejsca - przy dobrym przygotowaniu (latarka plus nieprzemakalne buty, gdyż w wielu miejscach w korytarzach stoi woda) i zachowaniu odpowiedniej ostrożności czeka ich ciekawa przygoda.

Wracamy do Koroszczyna i ruszamy dalej na zachód do drogi prowadzącej z terminala w Koroszczynie do granicy Polski w Kukurykach. Poruszamy się wzdłuż tej drogi lokalną drogą na płn.-wsch. do nadbużanki i skręcamy w lewo w kierunku Nepli. Sama droga terminal Koroszczyn - Kukuryki zwana drogą celną jest też dość ciekawym zjawiskiem. Ma długość ok. 4 km i razem z terminalem samochodowym w Koroszczynie stanowi drogowe przejście graniczne w Kukurykach. Oczywiście na drogę nie ma możliwości wjazdu, jest ogrodzona i wydzielona tylko dla samochodów ciężarowych jadących do i z Białorusi. Wzdłuż całej drogi są zainstalowane kamery, aby zapobiec jakiemuś przypadkowemu "wypadnięciu" ładunku z którejś z ciężarówek.;-)
Po przejechaniu ok. 3 km wjeżdżamy do Nepli. Tutaj w miejscowym ośrodku wypoczynkowym mamy zaplanowany nocleg, gdzie udajemy się żeby zostawić rowery i coś przekąsić. Pełni świeżych sił ruszamy na spotkanie z przepiękną przyrodą do rezerwatu "Szwajcaria Podlaska". Nie będzie przesadą, jeżeli napiszę, że to, co można tutaj zobaczyć jest w zasadzie kwintesencją krajobrazów, które widzieliśmy dotychczas. Na stosunkowo małym obszarze mamy tutaj do czynienia z niespotykaną gdzie indziej różnorodnością form i zjawisk przyrodniczych. Oprócz okazów lip, dębów czy sosen osiągających niejednokrotnie rozmiary drzew pomnikowych oko zachwyca przepięknie ukształtowany teren. Wszystko to dzięki połączeniu doliny rzeki Krzny i Bugu. Sama ścieżka w większej części przebiega zboczem doliny Bugu i jest usłana wieloma wąwozami o niejednokrotnie bardzo stromych zboczach, będących następstwem procesów erozyjnych.
Szwajcaria PodlaskaNa ścieżkę najlepiej wejść z drogi asfaltowej prowadzącej w kierunku Krzyczewa w prawo w polną drogę (powinien być znak Ścieżka Przyrodnicza Szwajcaria Podlaska). Ponieważ jest ona położona na terenach zalewowych proponuję zaopatrzyć się w odpowiednie obuwie. Ścieżka na terenie rezerwatu ma długość ok. 2 km. Z rezerwatu wychodzimy na parking obok umieszczonego tutaj na cokole czołgu T-34 (pomnik miał upamiętniać wkroczenie wojsk sowieckich) i przekraczamy drogę asfaltową idąc na zachód polną drogą w kierunku widocznego wzniesienia. Na tymże pagórku znajduje się kamienna prasłowiańska rzeźba w kształcie człowieka. Legenda przywiązana do tego kamienia głosi, że pewna młoda dziewczyna zakochała się w rówieśniku swych dziecięcych zabaw i postanowiła wbrew życzeniom rodziców poślubić go. Kiedy już wszystko było przygotowane do ślubu - zrozpaczona matka po raz ostatni ponowiła swe prośby i błagania, by odwieść córkę od powziętego zamiaru. Ta jednak pozostała zimna i niewzruszona na łzy matczyne. Wówczas matka uniesiona gniewem i rozpaczą zawołała : - Bodajbyś skamieniała, nim dojdziesz do kościoła! I tak się stało. Kamień chyli się ku ziemi i jak mówi dalej podanie, kiedy zaklęta panna młoda czołem dotknie Matki-Ziemi, oddać hołd swej matce – kamień ożyje. Podobne kamienne postacie znajdują się w Woskrzenicach, Pratulinie i Cieleśnicy. Nieopodal stoi wieża widokowa, z której roztacza się piękny widok na okolice Nepli. Przy dobrej pogodzie można zobaczyć Brześć. Dalej idziemy na południe polną drogą do drogi asfaltowej i skręcamy do Nepli. Tak mija kolejny dzień naszej wycieczki.

 


 

Dzień czwarty

Z Nepli wyruszamy drogą nr 698 na północ przez Krzyczew, Bohukały do Pratulina (ok. 9 km). O ile poprzedni dzień, a właściwie jego druga część upłynął raczej pod znakiem militarno - przyrodniczym o tyle teraz powraca motyw przewodni naszej podróży - religie. Pratulin jest symbolem bohaterskiej śmierci unitów w obronie wiary. 24 stycznia 1874 roku podczas szturmu żołnierzy carskich na licznie zgromadzonych parafian broniących swej świątyni przed "nawróceniem" na prawosławie zginęło 13 unitów. W związku z tymi wydarzeniami Pratulin jest jednym z najważniejszych sanktuariów na Południowym Podlasiu. Miejsce, gdzie męczeńsko ginęli unici jest dziś celem licznych pielgrzymek. W kościele w Pratulinie znajdują się relikwie zamordowanych unitów. W lesie na zachód od wsi jest cmentarz unicki, gdzie w 1931 roku na grobie pochowanych unitów postawiono pomnik zwieńczony "kamienną babą". W Pratulinie znajduje się również przeniesiony z Siedlec tzw. ołtarz papieski. W 1999 roku podczas pielgrzymki do Polski Jan Paweł II odprawiał przy nim mszę.
Historia Pratulina jak również i wielu innych miejsc Południowego Podlasia pokazuje, że życie ludzi zamieszkujących te tereny było niejednokrotnie naznaczone krwią i łzami. Spowodowane jest to oczywiście położeniem geograficznym, tak jak pisałem na wstępie tej relacji i burzliwymi losami regionu, w którym na przełomie wieków niejednokrotnie wrzało niczym w tyglu.

Z Pratulina jedziemy na zachód drogą 698 do Janowa Podlaskiego (ok. 17 km). Chcąc jechać jak najbliżej Bugu znajdujemy na mapie drogę z Zaczopek przez Woroblin do Werchlisia. Droga na mapie wydaje się być całkiem dobrego standardu - no może nie cały czas asfalt, ale dobra. Znajomi jednak tym razem nie decydują się na towarzyszenie nam w odkrywaniu pięknego nadbużańskiego krajobrazu i jadą nadbużanką prosto do Werchlisia. Tam umawiamy się na spotkanie. My zatem skręcamy w Zaczopkach w prawo do Woroblina. Droga, której nie ma ...Dojeżdżamy tam raczej bez problemu podziwiając piękne krajobrazy nadbużańskich łąk i wsie z urokliwymi starymi drewnianymi domami (w Woroblinie niektóre domy pochodzą z końca XIX wieku). W Woroblinie pojawia się jednak problem. Otóż droga do Ostrowa praktycznie nie istnieje - jak dowiadujemy się od napotkanego mieszkańca Woroblina. My oczywiście pokazujemy Panu naszą mapę, na której jest dokładnie wyrysowana (obok rzeczony fragment mapy), on jednak twierdzi, że drogi nie ma. Oczywiście - jak mówi - dojechać można i zaczyna nam wyłuszczać jakąś tylko sobie znaną łamigłówkę skrętów w prawo i w lewo odcinkami jakimiś drogami, odcinkami polami i łąkami. My, jak przystało na inteligentnych turystów kiwamy głowami i ... ruszamy w pola - zawracanie nie wchodzi w grę, gdyż musielibyśmy nadrobić parę ładnych kilometrów. Poruszając się bardziej na azymut niż korzystając ze wskazówek "przewodnika" przedzieramy się łąkami wielokrotnie pieszo wzdłuż granic pól czy rowów melioracyjnych i wreszcie docieramy do - jak widnieje na tablicy informacyjnej - Ostrowa. Choć zmęczeni czujemy się dumni niczym Kolumb, który odkrył Amerykę. W tej atmosferze euforii i samouwielbienia spotykamy znajomych, którzy już od dłuższego czasu wypoczywają na polance w lasku przed Werchlisiem i z uśmiechem spoglądają na nas.

Wspólnie już ruszamy w dalszą drogę i wjeżdżamy do Janowa Podlaskiego - miejscowości dzisiaj o mniejszym znaczeniu, jednak historycznie ważnego ośrodka duchownego na tych terenach. Jeszcze do końca XVIII wieku Janów był siedzibą biskupów łuckich, którzy wznieśli tu zamek i kolegiatę i dzięki nadaniu miastu wielu przywilejów bardzo szybko rozwijał się w okresie od XV do XVII. Niestety wskutek pożaru w 1620 roku a potem najazdu szwedzkiego miasto podupadło. O dawnej jego świetności świadczą zachowane budowle zabytkowe, m.in. zespół pokatedralny przy rynku: barokowy kościół pw. św. Trójcy z lat 1714-1735, obok niego murowana, barokowa dzwonnica z 1745 roku oraz budynki dawnego seminarium duchownego z 1745 roku (obecnie użytkowane przez szkoły średnie). W Janowie warto jeszcze odwiedzić park znajdujący się wokół dawnego zamku biskupiego (zniszczony przez Szwedów, później odbudowano tylko dwa boczne skrzydła). Tam też się udajemy. W parku na szczególną uwagę zasługuje grota Naruszewicza położona na południe od zamku. Zbudowana ok. 1790 roku z kamienia polnego była świątynią dumania poety, który mieszkał w Janowie w latach 1790 - 1796.

Araby z Janowa Podlaskiego Oczywiście będąc w Janowie nie można nie pojechać do zlokalizowanej obok Stadniny Koni Arabskich, słynnej na cały świat głównie z odbywających się tutaj co roku w połowie sierpnia Dni Konia Arabskiego zwieńczonych bardzo emocjonującą aukcją koni arabskich - Pride of Poland. Stadnina znajduje się ok. 2 km od Janowa w miejscowości Wygoda. Przyjeżdżając do stadniny parkujemy rowery i spacerujemy wzdłuż pastwisk podziwiając poruszające się majestatycznie konie. Nie możemy oderwać wzroku od tych zgrabnych koni biegających tak lekko jakby prawie nie dotykały kopytami ziemi a jednocześnie nieprawdopodobnie szybko. W stadninie warto również zobaczyć znajdujący sie w starym parku zabytkowy XIX wieczny zespół stajni, z których najstarsze: "Zegarowa" z 1848 roku i "Czołowa" z 1841 roku zaprojektowane zostały przez słynnego architekta Henryka Marconiego. Ponieważ jest już mocno po południu czas najwyższy na zjedzenie większego posiłku. Idealny do tego jest znajdujący się w stadninie Dom Gościnny "Wygoda". Znajduje się po prawej stronie zaraz za bramą wjazdową. Sam budynek (w którym oprócz restauracji jest równiez hotel) nie poraża specjalnie urodą, również wyposażenie i warunki tam panujące są raczej surowe - nie zobaczymy tutaj wykafelkowanych, lśniących toalet rodem z McDonalda. Jednak potrawy przyrządzane tam są po prostu pyszne i z pewnością rzucą na kolana każdego, kto zawita w jego progi. Jedzenie przygotowywane jest na bieżąco w kuchni, w okresie lata i wczesnej jesieni warzywa i zioła pochodzą z pobliskiego ogrodu. Jeżeli ktoś chciałby spróbować takich regionalnych potraw jak pierogi z soczewicą czy chłodnik to warto, choćby tylko dlatego pojechać właśnie do stadniny. Od czasu naszej wyprawy z 2000 roku praktycznie co roku jesteśmy w Janowie na Dniach Konia Arabskiego i wizyta w restauracji Domu Gościnnego "Wygoda" jest naszym stałym punktem programu (naszym ulubionym daniem są pierogi - polecam). Oprócz zjedzenia posiłku jest jeszcze jeden powód, dla którego warto odwiedzić tę restaurację. Latem posiłki są tam również serwowane przy dużych stołach ustawionych pod parasolami obok budynku. Przy stołach z racji ich rozmiarów siada się obok obcych ludzi, niejednokrotnie bardzo ciekawych. Można tutaj spotkać ludzi zakochanych w arabach, potrafiących godzinami o nich opowiadać, malarzy czy fotografów starających się utrwalić piękno tych koni.

Z Janowa jedziemy do Serpelic (ok. 20 km). Zjeżdżamy jednak z drogi 698 prowadzącej dalej do Konstantynowa i wybieramy lokalną drogę wzdłuż Bugu przez Stary Bubel, Gnojno i Borsuki. Powód - zawsze ten sam - dolina Bugu na każdym swym odcinku dostarcza niepowtarzalnych wrażeń. W Gnojnie jest ponadto punkt widokowy, z którego obserwujemy pięknie wijący się Bug oraz malownicze krajobrazy nadbużańskich łąk. Do Serpelic wjeżdżamy pod wieczór i kierujemy się do jednego z ośrodków wypoczynkowych zlokalizowanych tutaj wzdłuż Bugu.

 


 

Dzień piąty

Serpelice dzięki specyficznemu, leczniczemu mikroklimatowi rozwinęły się jako miejscowość wypoczynkowa - znajduje się tutaj kilkanaście ośrodków wypoczynkowych (głównie domki). Dla turystów jest udostępnionych sporo atrakcji, m.in. zjazdy po linie nad Bugiem, jazdy konne, spływy tratwami czy rejsy małymi stateczkami po Bugu. Osobiście polecam zjazd po linie nad Bugiem. W miejscu przewieszenia liny jest duża różnica wysokości pomiędzy brzegami doliny Bugu i zjazd dostarcza wielu niezapomnianych wrażeń. Z Serpelic wyruszamy na południe do drogi nr 811 i następnie w lewo do Konstantynowa (ok. 10 km).
W Konstantynowie zatrzymujemy się w ciekawym parku otaczającym mieszczący się tutaj zespół pałacowy. Sam pałac w związku z wieloma perturbacjami i przebudowami jest dziś pewną mieszanką stylów - fragment pochodzi z roku 1744 z pierwszego pałacu w stylu baroku saskiego przekształconego w 1804 roku w późnoklasycystyczny dwór oraz dobudowany w latach 40-tych XIX wieku pałac w stylu neogotyckim. Na uwagę zasługuje również dość rozległy park w stylu angielskim z pierwszej połowy XIX wieku. Krajobrazowy charakter parku jest już dziś niestety również zaburzony głównie wskutek dwóch geometrycznie prostych alei obsadzonych drzewami, którymi przecięto wielką polanę parku.

Po krótkim odpoczynku w Konstantynowie wyruszamy dalej do Leśnej Podlaskiej (ok. 11 km) początkowo na zachód drogą nr 698 a następnie na południe przez Nosów. W Nosowie znajduje się pięknie odrestaurowany przez nowych właścicieli dworek z pierwszej połowy XIX wieku otoczony również utrzymanym w bardzo dobrym stanie parkiem. Posesja jest oczywiście ogrodzona, jednak warto poprosić właściciela o możliwość przespacerowania się po ogrodzie, czego my oczywiście nie omieszkaliśmy uczynić.

Na szlaku naszej wyprawy nie mogło zabraknąć kolejnego dużego ośrodka religijnego Południowego Podlasia - Leśnej Podlaskiej. Znajduje się tutaj znane sanktuarium maryjne będące celem licznych pielgrzymek. Wjeżdżając do Leśnej naszym oczom ukazuje się barokowy, murowany kościół p.w. Narodzenia NMP oraz św. Piotra i Pawła z dwuwieżową kolumnową fasadą wybudowany w latach 1731 - 52 wg. projektu Wincentego Rachettiego. Bazylika otoczona jest fosą i resztkami muru obronnego ze strzelnicami z XVII wieku. W okresie zaborów i powszechnej na tych terenach rusyfikacji kościół został zagarnięty i przebudowany na cerkiew. Kościół katolicki został restytuowany w 1915 roku. Do dziś jedna z wież fasady ma charakterystyczną bizantyjską kopułę z tamtych czasów, druga została odbudowana. W ołtarzu głównym bazyliki znajduje się otoczona kultem płaskorzeźba kamienna z 1683 roku przedstawiająca Matkę Boską z Dzieciątkiem Jezus (Matka Boska Leśniańska). Jak głosi legenda 26 września 1683 roku dwaj chłopcy pasący bydło - Aleksander Stelmaszczuk i Miron Makarun - znaleźli na drzewie dzikiej gruszy jaśniejący wizerunek. Wieść o tym wydarzeniu bardzo szybko się rozprzestrzeniała i do Leśnej zaczęło ściągać bardzo wielu pielgrzymów. Pierwszy drewniany kościół powstał w tym miejscu w 1686 r. Przyozdobiony został znalezionym obrazem, który już w 1700 r. został uznany za cudowny. Do kościoła przylegają zabudowania klasztorne Ojców Paulinów wzniesione na przełomie XVII i XVIII w., następnie rozbudowane ok. 1840 roku i po 1901 roku połączone z kościołem.

Z Leśnej Podlaskiej jedziemy do Białej Podlaskiej (ok. 15 km), gdzie kończy się nasza przygoda z różnorodnością religijną Południowego Podlasia. Głowy mamy pełne obrazów z cmentarza w Studziance, sanktuariów maryjnych z Kodnia, Leśnej Podlaskiej, monasteru z Jabłecznej, czy wreszcie cerkwi z Kostomłotów i niezapomnianych wspomnień, które przynajmniej w moim przypadku będą mi już zawsze towarzyszyły.

 


 

Marszruta

1. Dzień pierwszy - 47 km

Biała Podlaska -(11 km)- Dokudów -(6 km lub polną drogą 2 km)- Studzianka -(1.5 km)- Łomazy -(6 km)- Rossosz -(10 km)- Wisznice -(12 km)- Romanów

2. Dzień drugi - 33 km

Romanów -(8 km)- Hanna -(6 km)- Sławatycze -(7 km)- Jabłeczna -(12 km)- Kodeń

3. Dzień trzeci - 35 km

Kodeń -(9 km)- Kostomłoty -(12 km)- Terespol -(7 km)- Koroszczyn  -(7 km)- Neple

4. Dzień czwarty - 46 km

Neple -(9 km)- Pratulin -(17 km)- Janów Podlaski -(20 km)- Serpelice

5. Dzień piąty - 36 km

Serpelice -(10 km)- Konstantynów -(11 km)- Leśna Podlaska -(15 km)- Biała Podlaska

 

Komentarze 

 
0 #2 religiekosma 2008-12-09 05:16
http://www.malzenstwo.com/prawoslawie.html
Cytować
 
 
0 #1 odp.Dlaczego akurat przez kultury i relikosma 2008-12-09 05:14
Ciekawy artykuł o wyznaniu prawosławnym na stronie http://www.malzenstwo.com/prawoslawie.html
Cytować